wtorek, 16 lutego 2010

Jesienią 2009 roku, grupa bielawskiej młodzieży wracając nad ranem z imprezy, postanowiła zabawić się w rozbijanie szyb okiennych starej rudery stojącej na skraju miasta. Spośród wielu rzuconych kamieni jeden uderzył w ścianę nieopodal okna i wielki kawał grubego tynku odpadł z hukiem, wywołując głuche echo, które pomknęło pomiędzy uśpione domy. Spod tynku wyłoniła się niewielka dziura. Młodzi ludzie zaczęli powiększać otwór, rozłupując kawałkami drewna i kamieniami resztę zaprawy.

We dziurze jaką odsłonili ukazała się ołowiana skrzyneczka. Kiedy ją otworzyli ich oczom, w świetle zachodzącego księżyca, ujawniła się koścista dłoń ubrana w czarną rękawiczkę z wielkim sygnetem na palcu, na którym to sygnecie widniały tajemnicze znaki. Dłoń przykrywała leżące na dnie stare dokumenty i papiery zapisane nieznanym alfabetem i kilka zniszczonych fotografii. Wiedzeni złym przeczuciem zanieśli znalezisko na Policję. Nie wiedzieli jednak, że ich niezbyt mądra zabawa wywoła nieoczekiwane skutki których finał ma się rozegrać w Bielawie na początku kwietnia 2010r.

Na komendzie o znalezisku zrobiło się bardzo głośno. Przedstawiano różne hipotezy, ale jeden z policjantów, aspirant Andrzej S. mieszkający niedaleko owej rudery, rzucił nowe spojrzenie na przyniesione przez młodzież przedmioty. Przypomniał on opowieść swojej babci o mieszkającym tam dawniej mężczyźnie, Zygmuncie Naliwko. Osobnik ten przybył do Bielawy kilka lat po wojnie jako repatriant z terenów obecnej Białorusi. Jego ojciec był znachorem, kuglarzem i różdżkarzem. Zmarł w trakcie podróży do Polski pozostawiając całe swoje "dziedzictwo" synowi. Kiedy Zygmunt wraz z matką przybyli do Bielawy, ten chodził z różdżką od domu do domu i szukał najlepszych "prądów". Przy jednym z budynków przyrząd zaczął się bardzo dziwnie zachowywać i właśnie ten wybrała rodzina Naliwko na miejsce zamieszkania. Zygmunt znalazł pracę w zakładach włókienniczych "Bieltex" na wydziale wykończalni. Pracował tam kilka lat. Podobno nie był zbyt lubiany. Uchodził, trochę, za dziwaka. Nie pił, kobiety go też za bardzo nie pociągały, chociaż one coś w nim widziały. Jego koledzy ze zmiany zauważyli, że z miesiąca na miesiąc, z roku na rok dziwaczał coraz bardziej. Mówił, że mieszka w domu czarownika i spirytysty, który z duchami i jakimiś obcymi rozmawiał, a w piwnicach domu ma wejście do innego świata. Nikt tego nie brał poważnie do momentu kiedy zmarła jego matka. Zygmunt popadł w rozpacz i pewnego dnia wychodząc z pracy powiedział do kolegów, że to nie sprawiedliwe i tak nie może być i on to zmieni. Matkę pochowali dobrzy ludzie, a o Zygmuncie słuch zaginął. Policjanci, którzy zajęli się wyjaśnieniem tajemniczej dłoni i dokumentów znaleźli w swoich archiwalnych księgach zgłoszenie zaginięcia Zygmunta Naliwko, a w Miejskiej Bibliotece, krótką wzmiankę na ten temat w lokalnym dwutygodniku "Krosno". Obie informacje pojawiły się …. w kwietniu 1960 r., czyli równo 50 lat temu. Funkcjonariusze dotarli również do rodziny ówczesnego redaktora naczelnego gazety, Kazimierza J. Córka przekazała stróżom prawa zdjęcia jakie, z tamtego okresu, przechowywał jej ojciec w swoim archiwum. Fotografie te znaleziono w domu Zygmunta. Miejski Komitet Partii uznał, że cała sprawa to zabobon. Zakazał ich publikacji i kazał zniszczyć. Uratował je właśnie Kazimierz J. I skrzetnie przechowywał z dala od oka ludzkiego. Urzędowe dokumentów, najstarsi mieszkańcy miasta i działacze Towarzystwa Przyjaciół Bielawy skierowali sprawę na jeszcze inne tory.

Otóż w domu Naliwków mieszkał przed wojną Niemiec, Filip Hanzoiner, również dziwak i pseudowizjoner. Kazał się nazywać Di Filipus. Był lokalnym wróżbitą i często odprawiał seanse spirytystyczne. Nosił na rękach czarne, skórzane rękawiczki a na palcu lewej dłoni wielki sygnet z dziwnymi napisami. Mówił wszystkim, że jest parlamentariuszem istot z innego, duchowego świata i w piwnicy domu ma do tego świata specjalne wejście. Twierdził, że te przechodzą do naszego wymiaru i krążą po mieście i tylko on może je dostrzec. W kwietniu 1910 roku, w wiecu zorganizowanym przed swoim domem, pokazywał zdjęcia z pobytu tych istot w mieście i ogłosił, że przedstawiono mu najbliższą przyszłość: przyjdą dwie wielkie wojny, a Niemcy będą musieli opuścić swoje domy i uciekać na zachód. Nikt mu nie chciał wierzyć. Kiedy po II Wojnie Światowej rozpoczęto deportacje, wielu z mieszkańców wspomniało jego słowa, a najbardziej te, rzucone na koniec:.. Równo za sto lat istoty z innego świata przyjdą by zrobić na ziemi nowy ład. Sam Filip zniknął w kwietniu 1945 tuż przed wejściem Rosjan do Bielawy. Policja podejrzewała, że został napadnięty, ale śladów żadnych ani w domu, ani nigdzie indziej nie znaleziono. Poza tym wielu bielawian uciekało przed frontem, a i tak, kilka tygodni potem władzę w mieście objęli Rosjanie i nikt się zaginięciem Di Filipusa nie interesował.

Prawdopodobnie jest to zdjęcie Di Filipusa

Faktem jest, że w jego domu nikt nie chciał zamieszkać, aż do pojawienia się Zygmunta Naliwki
z matką. I znów, w datach, przewija się miesiąc kwiecień. Sprawa utknęła w martwym punkcie. Kilka tygodni po odkryciu znaleziska rudera została zrównana z ziemią i o wszystkim by zapomniano, ale od stycznia tego roku na tym terenie dochodzi do dziwnych zjawisk świetlnych i dźwiękowych, a w nocy z 31stycznia na 1 lutego w tym miejscu stopniał śnieg mimo 15 stopniowego mrozu. Ludzie w mieście coraz więcej rozprawiają o tej historii i o słowach zygmuntowych cyfrach 4....2.0.1.0 . Co czeka to sowiogórskie miasto?? Czy przepowiednia Di Filipusa i Zygmunta się sprawdzi?Czy Bielawę czekają dziwne zdarzenia rodem z horrorów czy filmów SF? Przekonamy się niebawem, wszak kwiecień 2010 już blisko.

Redakcja czyni starania o umożliwienie sfotografowania dłoni w czarnej rękawiczce i wykonania fotokopii znalezionych dokumentów i fotografii.

Jedno ze zdjęć znalezionych w domu Kazimierza J.

W kolejnym numerze :
Poszukiwanie miejsca pochówku Hermana von Piltzke, Hauptsturmführera SS- komendanta oddziałów obrony Raichenbach, który po wojnie założył w Górach Sowich oddział Werwolfu. Był bardzo gwałtownym i „krwawym” dowódcą. Własnoręcznie poderżnął gardła ponad 50 osobom ( w tym kobietom i dzieciom ) przez to nazwano go Dzierżoniowskim Wampirem. Zabili go żołnierze z własnego oddziału i pochowali gdzieś w górskich lochach wbijając mu w serce drewniany kołek. Jednak od kilku lat w górach leśniczy znajduje zagryzione zwierzęta. Ślady zębów nie wskazują na żadne zwierzę, a kilku grzybiarzy opowiadało, o dziwnej postaci w poszarpanym niemieckim mundurze, przemykającej pośród drzew w oparach porannej mgły.