piątek, 18 czerwca 2010

TROPY INSOMNI

Jak już pisaliśmy, w Górach Sowich giną muflony. Pisał już o tym regionalne portale http://www.naszesudety.pl/index.php/files/artykuly/index.php?p=artykulyShow&iArtykul=7057.
Jak już jednak wspomnieliśmy, oficjalnie, te sympatyczne zwierzęta są zagryzane przez dzikie psy. Prawda jest jednak inna. Na 5 zagryzionych zwierząt tylko jedno miało ślad psich zębów. Reszta miała nie tylko przegryzione krtanie i rozszarpane boki, ale przede wszystkim złamane kręgi szyjne ( czyt. skręcony kark ). Jak wiadomo dziki pies raczej nie da rady złamać kręgów szyjnych przy pomocy szczęki, a już tym bardziej własnych łap. Poza tym, najdziwniejsze, wszystkie cztery sztuki nie były rozszarpane celem pożarcia, ale
pozbawione płynów. „ Wyglądały jak zwierzęce wydmuszki” - opowiadał nam zaprzyjaźniony myśliwy, który wraz z leśniczym i kilkoma ludźmi usuwali padlinę - „ jakby ktoś je wyssał, nie było w nich praktycznie krwi. Sama skóra, kości i wyschłe mięso”. Co ciekawe, inne zwierzęta padlinożerne, nie ruszały tych zewłoków choć było wokół nich widać ślady lisów czy ( sic!!) dzikich psów.
Czyżby historia Hermana von Piltzke była prawdziwa??

CO WYDARZYŁO SIĘ W KWIETNIU 2010 - CZYLI HISTORII DI FILIPUSA I NALIWKI CIĄG DALSZY




Nastał kwiecień. Osoby, które zaznajomiły się z historią mieszkańca Bielawy Zygmunta Naliwko
i niemieckiego wizjonera Filipa Hanzoinera, mieszkającego w tym mieście przed wojną, oczekiwały na rozwój wydarzeń. Pierwsze oznaki pojawiły się na słupach ogłoszeniowych. Zdjęcia, przypominające te, znalezione w domu Di Filipusa porozwieszano na słupach w całym mieście. Przypadek czy może jednak zapowiedź szeroko omawianych zdarzeń? Latające talerze nad wieżą kościoła i stojąca na ubitej drodze grupa ludzi zmuszała do myślenia. Tym bardziej, że grupa ta, jakby zespolona, wpatrzona w fotografa
jawi się jako sylwetki pozbawione uczuć, emocji. Czy postacie te, to nieświadomi podniebnych wydarzeń mieszkańcy Bielawy z początku XX wieku, czy może obleczeni już w ludzkie ciała przybysze z innego świata? Czy nadal są wśród nas? A może odeszli wraz z wysiedleńcami w 1946r? Coraz więcej dyskutowano „w mieście” o tajemniczych „rewelacjach” ostatnich miesięcy. Tym bardziej, że zdjęcia zapowiadały imprezę o nazwie „Festiwal Amatorskich Filmów Fantastycznych i Horrorów”. Czyjaś niefrasobliwość, przypadek, specjalne działanie mające wzmocnić psychozę ogarniającą mieszkańców, a może po prostu chwyt marketingowy? Bielawa już wiele widziała i wiele „przeżyła”, ale co będzie teraz??

W sobotę 10 kwietnia w okolicach budynków byłego zakładu włókienniczego
można było dostrzec dziwne postaci. Młodzi ludzie, płci obojga z
poranionymi, poparzonymi, ociekającymi krwią twarzami przemykają wzdłuż
budynków wydając z siebie dźwięki radości. Nie jest ich wiele i chronią
się w budynku miejscowego kina. Kilka godzin później indywidua, nie z
tego świata z bronią długą o dziwnym kształcie i świecącymi mieczami,
przemieszczają się między krwawymi osobnikami. Jak się okazuje, to
uczestnicy ogłaszanego festiwalu, podczas którego odbywają się warsztaty
z charakteryzacji, a dołączyli dno nich przedstawiciele polskiego
oddziału „Legionu 501”, grupy popularyzującej filmową sagę STAR WARS (
„Gwiezdne wojny”).


Kiedy większość mieszkańców uznała całą historię za tani chwyt
marketingowy dotyczący promocji festiwalu znaleźli się też tacy, którzy
zaczęli doszukiwać się głębszych znaczeń.
Otóż w dniu festiwalu dochodzi do katastrofy rządowego samolotu w
Smoleńsku z prezydencką parą na pokładzie. Razem z nimi ginie ponad
dziewięćdziesiąt innych osób, pasażerów i członków załogi. Szok i
zdumienie, a po kilku dniach pytania...
– czy drzwi do innych światów w domu Hanzoiner'a to „wrota czasu” i czy
dzięki temu miał on
możliwość poruszania się w przestrzeni czasowej??
– jeśli tak, to jak należy interpretować jego wizje i przepowiednie ??

Ad1. Jeśli miał takie możliwości to prawdziwą staje się informacja, że w kwietniu, sto lat później pojawiają się dziwne postaci, jakby nie z tego świata – ucharakteryzowani uczestnicy festiwalu i „Legion 501” co widać na zdjęciach. Jeśli Filip rzeczywiście miał możliwość korzystania z „wrót czasu” i mógł się w nim ( czasie ) przemieszczać to podróż na przestrzeni 100 lat i trafienie na taki festiwal mogłoby na pewno wywołać spory szok. Pamiętać należy, że w 1910 roku film i kino dopiero raczkowało. Fakt, że już w 1902 roku Georges Melies nakręcił 14 minutowy film „Podróż na księżyc” nie mógł się przyczynić do wiedzy
o przyszłości kina SF. Mało tego, pierwsza projekcja filmowa miała miejsce w Bielawie w roku 1914,
( w gospodzie u zbiegu ulic Peterswaladau Strasse i Neuwebshule Strasee – obecnie ulic Żeromskiego i Boh. Getta ). Pełnometrażowe filmy fantastyczne zaczęły powstawać dopiero w latach dwudziestych, więc jeśli Di Filipus już w 1910 ogłaszał swoje wizje na temat roku 2010 nie miał prawa wiedzieć, jak rozwinie się przemysł filmowy ( nie wspominając o materiałach do charakteryzacji ), i że postacie, które spotka 100 lat później to nie „obcy”, ale bawiący się w horror ludzie i fani najbardziej popularnej na świecie, fantastycznej sagi filmowej.

Ad2. Hanzoiner mówił, że wydarzenia te zmienią świat.... jak wiadomo organizatorzy festiwalu musieli zmienić zasady festiwalu w związku ze smoleńską katastrofą. Z tego co się dowiedzieliśmy, na wieść o katastrofie zrobiło się wśród nich i jurorów wielkie zamieszanie ( dylemat ..czy kontynuować dalej festiwal w związku z zaistniałą sytuacją ). Powiedzieli, że nie zwracali uwagi na to kto pojawił się w tym dniu w budynku kina. Nawet charakterystyczny strój nie zwróciłby ich uwagi, przecież odbywał się festiwal horrorów i filmów fantastycznych. Każdy mógł wejść do kina MOKiS ( bo o nim mowa ) i spokojnie przyjrzeć i nie zauważonym odejść. Miał więc szansę Di Filipus spokojnie dokonać obserwacji i odejść nie zauważonym. Można by przypuszczać, że Hanzoiner, jako Niemiec, nie zrozumiałby co się dzieje, ale wiadome nam jest ( o tych rewelacjach w innym tekście ) , że i w Langenbielau mieszkało sporo osób mówiących po polsku. Filip się z nimi przyjaźnił i potrafił się w polskim języku porozumiewać. Tak więc jest duże prawdopodobieństwo, że zrozumiał całą sytuację, a przede wszystkim to, że wydarzyła się katastrofa „dziwnego” pojazdu ( proszę sobie przypomnieć jak wyglądały aeroplany na początku XX w. )
i zginęła bardzo ważna osoba. W tym dniu, praktycznie w każdym sklepie RTV wszystkie odbiorniki były włączone na serwisy informacyjne. Wystarczyło, że wszedł do takiego sklepu i przy okazji, z „magicznego pudełka”, mógł dowiedzieć się o szczegółach zdarzenia. Nie wiadomo ile czasu przebywał w tego dnia w Bielawie, ale przecież kilka godzin po katastrofie padały w telewizji słowa, że katastrofa „zmieni świat”, że „nic już nie będzie takie jak wcześniej”. Powiązanie tych dwóch elementów
( postacie z festiwalu i katastrofa ) mogło wywołać takie, a nie inne domysły i kiedy wrócił do swoich czasów, opowiadając co widział jego słowa jawiły się jako bardzo „fantastyczna” wizja przyszłości. Czy ktoś mu wtedy chciał wierzyć??
Jednak teraz, po tych stu latach, jego opowieści układają się w bardzo logiczną całość i nabierają nowego znaczenia.


Brzmi to bardzo fantastycznie. Stoimy jednak na ziemi, na której, choć
wiele dziwnego się dzieję, nikt nie widział, ani nie skonstruował „wrót
czasu”. Ale jeśli nie wrota czasu to co? Wizjonerstwo, prorocze sny,
wróżenie z fusów? Jeśli był wizjonerem to trzeba przyznać, że bardzo
dobrym. Sny bywają bardzo różne i zawsze można dać im wiarę. Fusy... bez
komentarza. Trzeba przeprowadzić dokładne badania terenu po domu
Hanzoinera i Naliwki czy nie występują tam jakieś anomalia i próbować
znaleźć racjonalne rozwiązanie. Spore wzywanie, ponieważ wizje Filipusa,
jak i Naliwki są według nas, są nadal ważne. Tym bardziej, że udało nam
się skontaktować z mieszkającą niedaleko Lingen Gertrude H.

Obecnie 75-latka, mieszkanka Langenbielau, miała 11 lat kiedy wraz z
rodziną musiała opuścić Bielawę w związku z akcją przesiedleńczą (
przyp. w kwietniu 1946 r. ). Jak się okazuje osobiście znała Hanzoinera.
Jako dziecko nie miała oporów przebywać z nim i rozmawiać, choć wtedy
były to tylko rozmowy z najczęściej zadawanym pytaniem ”dlaczego”, wiele
z nich pamięta!
Ponieważ, „rozmowy” prowadzimy tylko drogą e-mailową, a tłumaczenie z
niemieckiego i na niemiecki zajmuje sporo czasu, więc jej wspomnienia z
dzieciństwa, dotyczące pewnych wydarzeń będziemy umieszczać na blogu
„Insomnia” porcjami.


Natomiast nam, nasuwa się bardzo ciekaw pytanie. Czy Naliwko też miał możliwości przemieszczania się przez „wrota czasu” i czy w swoich podróżach spotkał się z Di Filipusem? Czy mogli mieć te same wizje lub sny? Przecież obaj podali podobną datę ważnego wydarzenia. Jest to zagadka, która na pewno będziemy chcieli rozwiązać.

wtorek, 16 lutego 2010

Jesienią 2009 roku, grupa bielawskiej młodzieży wracając nad ranem z imprezy, postanowiła zabawić się w rozbijanie szyb okiennych starej rudery stojącej na skraju miasta. Spośród wielu rzuconych kamieni jeden uderzył w ścianę nieopodal okna i wielki kawał grubego tynku odpadł z hukiem, wywołując głuche echo, które pomknęło pomiędzy uśpione domy. Spod tynku wyłoniła się niewielka dziura. Młodzi ludzie zaczęli powiększać otwór, rozłupując kawałkami drewna i kamieniami resztę zaprawy.

We dziurze jaką odsłonili ukazała się ołowiana skrzyneczka. Kiedy ją otworzyli ich oczom, w świetle zachodzącego księżyca, ujawniła się koścista dłoń ubrana w czarną rękawiczkę z wielkim sygnetem na palcu, na którym to sygnecie widniały tajemnicze znaki. Dłoń przykrywała leżące na dnie stare dokumenty i papiery zapisane nieznanym alfabetem i kilka zniszczonych fotografii. Wiedzeni złym przeczuciem zanieśli znalezisko na Policję. Nie wiedzieli jednak, że ich niezbyt mądra zabawa wywoła nieoczekiwane skutki których finał ma się rozegrać w Bielawie na początku kwietnia 2010r.

Na komendzie o znalezisku zrobiło się bardzo głośno. Przedstawiano różne hipotezy, ale jeden z policjantów, aspirant Andrzej S. mieszkający niedaleko owej rudery, rzucił nowe spojrzenie na przyniesione przez młodzież przedmioty. Przypomniał on opowieść swojej babci o mieszkającym tam dawniej mężczyźnie, Zygmuncie Naliwko. Osobnik ten przybył do Bielawy kilka lat po wojnie jako repatriant z terenów obecnej Białorusi. Jego ojciec był znachorem, kuglarzem i różdżkarzem. Zmarł w trakcie podróży do Polski pozostawiając całe swoje "dziedzictwo" synowi. Kiedy Zygmunt wraz z matką przybyli do Bielawy, ten chodził z różdżką od domu do domu i szukał najlepszych "prądów". Przy jednym z budynków przyrząd zaczął się bardzo dziwnie zachowywać i właśnie ten wybrała rodzina Naliwko na miejsce zamieszkania. Zygmunt znalazł pracę w zakładach włókienniczych "Bieltex" na wydziale wykończalni. Pracował tam kilka lat. Podobno nie był zbyt lubiany. Uchodził, trochę, za dziwaka. Nie pił, kobiety go też za bardzo nie pociągały, chociaż one coś w nim widziały. Jego koledzy ze zmiany zauważyli, że z miesiąca na miesiąc, z roku na rok dziwaczał coraz bardziej. Mówił, że mieszka w domu czarownika i spirytysty, który z duchami i jakimiś obcymi rozmawiał, a w piwnicach domu ma wejście do innego świata. Nikt tego nie brał poważnie do momentu kiedy zmarła jego matka. Zygmunt popadł w rozpacz i pewnego dnia wychodząc z pracy powiedział do kolegów, że to nie sprawiedliwe i tak nie może być i on to zmieni. Matkę pochowali dobrzy ludzie, a o Zygmuncie słuch zaginął. Policjanci, którzy zajęli się wyjaśnieniem tajemniczej dłoni i dokumentów znaleźli w swoich archiwalnych księgach zgłoszenie zaginięcia Zygmunta Naliwko, a w Miejskiej Bibliotece, krótką wzmiankę na ten temat w lokalnym dwutygodniku "Krosno". Obie informacje pojawiły się …. w kwietniu 1960 r., czyli równo 50 lat temu. Funkcjonariusze dotarli również do rodziny ówczesnego redaktora naczelnego gazety, Kazimierza J. Córka przekazała stróżom prawa zdjęcia jakie, z tamtego okresu, przechowywał jej ojciec w swoim archiwum. Fotografie te znaleziono w domu Zygmunta. Miejski Komitet Partii uznał, że cała sprawa to zabobon. Zakazał ich publikacji i kazał zniszczyć. Uratował je właśnie Kazimierz J. I skrzetnie przechowywał z dala od oka ludzkiego. Urzędowe dokumentów, najstarsi mieszkańcy miasta i działacze Towarzystwa Przyjaciół Bielawy skierowali sprawę na jeszcze inne tory.

Otóż w domu Naliwków mieszkał przed wojną Niemiec, Filip Hanzoiner, również dziwak i pseudowizjoner. Kazał się nazywać Di Filipus. Był lokalnym wróżbitą i często odprawiał seanse spirytystyczne. Nosił na rękach czarne, skórzane rękawiczki a na palcu lewej dłoni wielki sygnet z dziwnymi napisami. Mówił wszystkim, że jest parlamentariuszem istot z innego, duchowego świata i w piwnicy domu ma do tego świata specjalne wejście. Twierdził, że te przechodzą do naszego wymiaru i krążą po mieście i tylko on może je dostrzec. W kwietniu 1910 roku, w wiecu zorganizowanym przed swoim domem, pokazywał zdjęcia z pobytu tych istot w mieście i ogłosił, że przedstawiono mu najbliższą przyszłość: przyjdą dwie wielkie wojny, a Niemcy będą musieli opuścić swoje domy i uciekać na zachód. Nikt mu nie chciał wierzyć. Kiedy po II Wojnie Światowej rozpoczęto deportacje, wielu z mieszkańców wspomniało jego słowa, a najbardziej te, rzucone na koniec:.. Równo za sto lat istoty z innego świata przyjdą by zrobić na ziemi nowy ład. Sam Filip zniknął w kwietniu 1945 tuż przed wejściem Rosjan do Bielawy. Policja podejrzewała, że został napadnięty, ale śladów żadnych ani w domu, ani nigdzie indziej nie znaleziono. Poza tym wielu bielawian uciekało przed frontem, a i tak, kilka tygodni potem władzę w mieście objęli Rosjanie i nikt się zaginięciem Di Filipusa nie interesował.

Prawdopodobnie jest to zdjęcie Di Filipusa

Faktem jest, że w jego domu nikt nie chciał zamieszkać, aż do pojawienia się Zygmunta Naliwki
z matką. I znów, w datach, przewija się miesiąc kwiecień. Sprawa utknęła w martwym punkcie. Kilka tygodni po odkryciu znaleziska rudera została zrównana z ziemią i o wszystkim by zapomniano, ale od stycznia tego roku na tym terenie dochodzi do dziwnych zjawisk świetlnych i dźwiękowych, a w nocy z 31stycznia na 1 lutego w tym miejscu stopniał śnieg mimo 15 stopniowego mrozu. Ludzie w mieście coraz więcej rozprawiają o tej historii i o słowach zygmuntowych cyfrach 4....2.0.1.0 . Co czeka to sowiogórskie miasto?? Czy przepowiednia Di Filipusa i Zygmunta się sprawdzi?Czy Bielawę czekają dziwne zdarzenia rodem z horrorów czy filmów SF? Przekonamy się niebawem, wszak kwiecień 2010 już blisko.

Redakcja czyni starania o umożliwienie sfotografowania dłoni w czarnej rękawiczce i wykonania fotokopii znalezionych dokumentów i fotografii.

Jedno ze zdjęć znalezionych w domu Kazimierza J.

W kolejnym numerze :
Poszukiwanie miejsca pochówku Hermana von Piltzke, Hauptsturmführera SS- komendanta oddziałów obrony Raichenbach, który po wojnie założył w Górach Sowich oddział Werwolfu. Był bardzo gwałtownym i „krwawym” dowódcą. Własnoręcznie poderżnął gardła ponad 50 osobom ( w tym kobietom i dzieciom ) przez to nazwano go Dzierżoniowskim Wampirem. Zabili go żołnierze z własnego oddziału i pochowali gdzieś w górskich lochach wbijając mu w serce drewniany kołek. Jednak od kilku lat w górach leśniczy znajduje zagryzione zwierzęta. Ślady zębów nie wskazują na żadne zwierzę, a kilku grzybiarzy opowiadało, o dziwnej postaci w poszarpanym niemieckim mundurze, przemykającej pośród drzew w oparach porannej mgły.